piątek, 21 października 2016

Październik z Polski na Puerto Rico przez Nowy Jork (a to dopiero początek)

Warszawa - Londyn - Toronto - Nowy Jork - Puerto Rico
      5 października wsiadłam w samolot linii lotniczych LOT i poleciałam do Londynu. W Londynie na Heathrow przesiadłam się w samolot Air Canada do Kanady. Tam zlądowałam na nocny postój w Toronto. Było to dobrą okazją do spotkania z moim znajomym Kanadyjczykiem, o którym pisałam na blogu w 2015 roku, jak złamał mi serce (był On motywem mojej drugiej podróży do Toronto). Tym razem niby nic złego nie zrobił, i „niby” wszystko było w porządku, a nawet lepiej, ale było dużo milczenia między nami. Milczenia, któremu nie ufam. Nie czułam, że między nami jest jakaś wieź wewnętrzna i brakowało szczerej, naturalnie klejącej się rozmowy, więc po tej krótkiej wizycie w Toronto mogłam jedynie powiedzieć, że mam mieszane uczucia. 
      Z Toronto poleciałam do Nowego Jorku… mojego ukochanego, najlepszego i jedynego w swoim rodzaju Nowego Jorku! Zatrzymałam się, tak jak poprzednio u Nickiego na wschodnim Manhattanie w dzielnicy Spanish Harlem. Mieszka tam teraz też moja kumpela Martyna, znana z wielu moich fotek i wpisów na blogu, a także Irina, tancerka hiphopowa z Rumunii, którą również bardzo lubię. Mieszkają tam też dwie dziewczyny z Rosji, którę już mniej lubię.

      Co ja zrobiłam w Nowym Jorku przez tydzień, który tam spędziłam? Byłam na zumbie, codziennie na siłce, na imprezce hip hopowej z Natalią z Polski, szaloną, energiczną i bardzo pozytywną osobą, którą poznałam w 2014 roku na jednej z nowojorskich imprez.
imprezka

Spanish Harlem, jedyne miejsce na świecie poza Starym Berezowem, do którego zawsze chcę wracać

Martyna się chowa

wyciskając siódme poty
 
Central Park jesienią

   Czas szybko minął, choć ja się nie spieszyłam nigdzie. Tak się złożyło, że jakiś czas temu znalazłam w Internecie bilety w mega niskiej cenie na trasie Nowy Jork – San Juan, Puerto Rico. 97 euro ($107) łącznie w 2 strony, kupiłam je od razu, choć wcale nie planowałam podróży w te strony. Znalazłam się na Puerto Rico, na Karaibach, w kraju, niezależnym i zależnym zarazem, gdzie prezydentem jest Barack Obama i styl latino splata się z amerykańską komercją. To coś dziwnego, z dwóch stron czułam niedosyt, jest trochę jak USA, ale nie ma poczucia bezpieczeństwa, są bezdomni, tacy prawdziwi nędzarze, których widziałam tylko w Latynoameryce, jest heroina i bałagan, no.. ale jedzenie w sklepach jak w markecie na Manhattanie z takimi samymi cenami. Z drugiej strony jest to świat Latino z ludźmi, którzy nie są punktualni, lubią muzykę, a salsę kochają i żyją w tropikalnym klimacie, gdzie zawsze jest gorąco. Pierwszą rzeczą, którą trzeba powiedzieć o Puerto Rico, bez samochodu to tu jak bez nogi... jest możliwe, aby się poruszać, ale łatwo nie jest. Transport publiczny międzymiastowy to coś, o czym ktoś słyszał, ale nikt nie widział.

      Ok, najpierw napiszę, gdzie się zatrzymałam. Pierwsze 2 noce spędziłam w Old San Juan – zabytkowej części stolicy u osoby z couch surfingu, a później przeniosłam się do dzielnicy tak zwanej „robotniczej”, do Santurce. W Internecie naczytałam się, że to ghetto i po nocy lepiej z domu nie wychodzić, ale po ponad tygodniu tutaj uważam, że to lekka przesada. Fakt, uważać trzeba, ale aż tak źle to nie jest. W ciągu dnia chodzę tu już nawet ze słuchawkami na uszach i IPhonem w ręce, a z nocy, to znaczy po ciemku o 9:30 wieczorem raz wyszłam nawet do sklepu sama haha co za odwaga, prawda? Mieszkam w hostelu San Juan International Hostel. W zamian za pracę na niecałe pół etatu mogę mieszkać za darmo. Kupiłam bilet na Puerto Rico na 29 dni, więc od razu byłam nastawiona na znalezienie miejsca zatrzymania, za które nie będę musiała płacić, aby odszedł mi ten wydatek. 
moja ulica

moja dzielnia Santurce

   Jestem tu już ponad tydzień. Zdążyłam już wykupić karnet na siłownię, poznać parę osób i pójść na jedną imprezę. Szczerze powiem, nie chce mi się robić tego wpisu w jakiś uporządkowany sposób, więc podążając na portorykańską zasadą numer 1. „Stress less” (tłumaczenie: „Mniej stresu”) napiszę tu zbiór ciekawostek o moich przygodach tutaj i informacji o tej karaibskiej wyspie. Na koniec wpisu rzucam prawdziwą petardę, czyli wieści, gdzie wybieram się w grudniu.
lubię jeść, wszysto i dużo, ale siłkę kocham też. Czasy się zmieniają, chudym już mało kto chce być.


sztuka lokalna



Medalia - najpopularniejsze piwo na Puerto Rico

widok na Old San Juan, starą zabytkową część miasta

Old San Juan

La Perla, tzw. ghetto, kilka ulic, które mają opinię niebezpiecznych

Ja w porcie, twarz przemęczona

Old San Juan

Mieszkanie mojego hosta



Światło na przejściu dla pieszych jest zawsze czerwone

   W tym kraju pieszy musi mieć oczy i uszy szeroko otwarte. Już to zrozumiałam, że gdy chce się przejść na drugą stronę drogi gdziekolwiek po prostu trzeba spojrzeć na kierowcę i przepuszczają, bez różnicy czy to na drodze szybkiego ruchu czy na jakiejś osiedlowej dziurawej uliczce. Jeśli z kolei widzi się przejście dla pieszych to trzeba patrzeć, kiedy samochody mają czerwone i wtedy można iść, bo dla pieszego zawsze będzie czerwone, tak tu działa sygnalizacja świetlna.
San Juan International Hostel. Tu stacjonuję. Ulica America, numer 1452!

urokliwa okolica

hostel nocą

Ja i kolega z Niemiec,chłopak ma dopiero 21 lat i to chyba była jego pierwsza podróż tak daleko z plecakiem, dałam mu wiele wskazówek i wydaje mi się, że jeszcze nie w jedną podróż się wybierze

wejście do hostelu
  


Poza sezonem turystycznym, bez transportu publicznego. Jak Ja mam tu żyć?

   Jak już zauważyłam, że hostel świeci pustkami (2 noce byłam kompletnie sama, na początku było dwóch 20-latków z Niemiec, a ostatnio przybyła nierozmowna Finka), a najbardziej zainteresowani wymianą numerów ze mną byli: kierowca autobusa, łysy paker z łańcuchem na szyi około 40-stki, kelner – łysy paker około 40-stki, recepcjonista w siłowni – lekko przy kości, z włosami około 30-stki, a sama też nie mogę się poruszać tu, bo nie mam auta a wypożyczanie jest za drogie jak na kieszeń osoby, która planuje być bezrobotna przez najbliższe miesiące. Wzięłam sprawy w swoje ręce i wzięłam telefon w ręce i …. Odpaliłam lokalnego Tindera hahahahah No i po długim researchu online znalazłam dwóch spoko kolesi. Zaczęłam gadać z obojgiem i zauważyłam wiele wspólnego. Oboje wysocy, podobny uśmiech, pochodzą z Texasu no i wyszło w rozmowie… że to bracia. Hahahaha Jeden odwiedzał drugiego, a drugi był na dłużej, go jest pilotem samolotu i jego firma go tu zesłała. Oczywiście najpierw umówiłam się z tym, co szybciej wylatuje, bo tamten drugi i tak tu będzie. Było spoko, bo poszliśmy na lokalną dyskotekę z portorykańskim reggeatonem. Jednak kompletnie nie mieliśmy o czym gadać, a ja nie lubię takiego uczucia braku tematów, więc szybko się zmyłam żegnając się lekkim przyjacielskim uściskiem, suchar sezonu po prostu. 2 dni później umówiłam się z jego bratem. Oczywiście, jako że nie mam auta, a on ma z firmy to połączyłam randkę ze zwiedzaniem. To znaczy pojechaliśmy do lasu deszczowego, bo chciałam zobaczyć wodospady. Nawet kąpaliśmy się z tym wodospadzie, ale woda była zimna. Poszliśmy leśnym szlakiem a później pojechaliśmy na jedzenie. 
El Yunque, las deszczowy

widok na las deszczowy

Wl Yunque


przemarznięci po kąpieli w wodospadzie


w świecie ludzi grubych, ale bez cellulitu


ja wypatrując tygrysów i małp. nie było jednak

hmm co to jest?

   Jak się okazało mojemu koledze, który jest tu siódmy tydzień nudzi się (ech, to życie przy hotelowym basenie, 300m od Morza Karaibskiego... też bym się nudziła, haha) i tak jak ja cieszył się z opcji pozwiedzania. Zauważyłam również,  że na pewno nie jest to babiarz, a raczej nieśmiała osoba, która do obcego nie zagada ot tak. Idąc za ciosem nasze kolejne spotkanie to była wycieczka do fabryki rumu Bacardi, który pochodzi z Puerto Rico, następnie udaliśmy się to Muzeum Sztuki Puerto Rico, na pizzę i do baru, bo było akurat ladies night, więc ja piłam cała noc za $5, choć drinki były bardzo słabe. 
fabryka Bacardi, drink powitalny. słaby

zwiedzamy


fabryka Bacardi

pani przewodniczka


jak zrobić drina?

z kumpelą na ploteczkach

 
Muzeum Sztuki Puerto Rico



w Muzeum Sztuki Puerto Rico

ekspozycja w Muzeum sztuki Puerto Rico

plaża i Ja

   Trzecia randka to była plaża, basen i jacuzzi. Kolega już na plażę przyszedł z butelką rumu haha to, to ja rozumiem. Jako, że jest to nieśmiały mężczyzna, nie doszło między nami nawet do pocałunku w ciągu żadnej z 3 randek haha Bardzo mi się z nim dobrze rozmawia, jako że ja lubię mówić, a on mówi, że dobrze mu się mnie słucha, więc myślę, że trochę jeszcze wspólnie pozwiedzamy. Zobaczę jak mi finanse na to pozwolą, bo takie czasy nastały, że trzeba raz na jakiś czas za siebie zapłacić, nie mam zamiaru na kimś non stop żerować, bo mi honor na to nie pozwala. Kolega jest pilotem samolotów transportowych, więc myślę, że na pewno sporo zarabia, a Ja jestem bezrobotną z Polski, ale swoimi przygodami i tak fascynuję większość ludzi. Żyję po swojemu i tyle. Moje życie jest  bogate, ale w przeżycia i przygody – mój wybór.  

   Puerto Rico ma piękną przyrodę. Poza tym jest tu tak silny wpływ USA, że nie ma aż takiego latino klimatu, jaki czułam w Ameryce Centralnej lub w Meksyku. Mimo wszystko cieszę się z mojej decyzji Siedzę teraz na tarasie w hotelu, jest upał, a powietrze jest ciężkie i pocę się. Jestem na Karaibach, poznaję świat, życie na Puerto Rico. Jedzenie mnie tak nie zaskakuje, jako ż na Manhattanie mieszkałam w portorykańskiej okolicy, więc już nie raz raczyłam się pieczonymi bananami, smażonym mięsem itp. Popisałabym jeszcze, ale pora iść na siłkę (zainwestowałam w karnet). 
Playa de Isla Verde

Playa de Isla verde

sztuka miasta

dzielnica Santurce, tu mieszkam

Santurce



Co dalej?

   Ok! Odpalam petardę. Mój kumpel, u którego mieszkam w NYC i zarazem najwięcej podróżująca osoba, jaką znam, czyli Nicky zapytał mnie już jakiś czas temu, czy zostałabym w listopadzie w Nowym Jorku i pomogła mu odnowić jedno z jego mieszkań, które wynajmuje. On podróżuje ciągle, więc rozmawialiśmy o tygodniu w listopadzie, tygodniu przerwy, później dwóch tygodniach i na koniec tygodniu pod koniec grudnia. Od razu i tak się zaoferowałam, że pomogę. To mój kumpel, I komu jak komu, ale jemu czuję sie zobligowana pomóc. Nicky to jedna z osób, na którą mogę liczyć w większości sytuacji. On znając mnie zaledwie 4 dni w 2014 roku zaoferował mi opcję mieszkania na Manhattanie w zamian za pomoc w jego biznesie. Aby wyprzedzić myśli niektórych czytelników, nie było, nie ma i nie będzie miedzy nami amorów, jesteśmy kumplami i tyle. Jako, że w listopadzie są moje urodziny i ze względu na ten remont „musiałabym” (haha co za poświęcenie z mojej strony) spędzić je w Nowym Jorku, Nicky postanowił zrobić mi prezent w podziękowaniu za pomoc przy remoncie. Kupił mi bilet do Los Angeles!!!! na koniec listopada z powrotnym z Las Vegas to Nowego Jorku na dzień przed Bożym Narodzeniem! Nie mogłam uwierzyć, że on na serio zrobił mi taki prezent, aż nie zobaczyłam wiadomości z biletem na moim mailu. W tym roku poza Świętem Dziękczynienia i Bożym Narodzeniem w Nowym Jorku, wygrzewaniem się na karaibskich plażach Puerto Rico, czeka mnie wizyta w Hollywood, plażach LA i w kasynach Las Vegas! Zastanawiam się nad podróżą nad Wielki Kanion i do Doliny Śmierci, bo to stosunkowo blisko od Vegas. Nadszarpnęłoby to mój topniejący budżet, ale z drugiej strony, życie jest jedno i może potrwać albo jeszcze tylko parę chwil, albo kilkadziesiąt lat, kto to wie, a młodości i zdrowia, które i tak zaczyna już trochę szwankować, co mnie niepokoi, nikt nie odda. Pewnie wybiorę się tam, mimo wszystko. 


      Cieszę się, że tak potoczyły się moje losy i ufam drodze, którą podążam. Na wszystko przychodzi właściwa pora, „stress less”, jak to mówią na Puerto Rico. Wróżba z chińskiego ciasteczka, które kupiłam 3 dni przed wylotem z Polski w markecie w Białymstoku, mówiła:
„Czeka Cię podróż, która przyniesie szczęście. Otoczysz się ludźmi, którzy pomogą Ci zdobyć duże pieniądze.” A chińskie ciasteczko przecież wie najlepiej, prawda?
dowód, że nie fantazjuję z tym ciasteczkiem

Bronx i Ja, Nowy Jork to stolica świata i to są fakty. Tu wszystko może się zdarzyć, nawet ja mogę zostać fotomodelką na Bronxie hehe

 


środa, 14 września 2016

Wyprawa rowerowa Szwajcaria – Liechtenstein – Austria +bonus: motywy wyprowadzki z Londynu



      Witam ponownie na moim blogu. Jest wrzesień – miesiąc, który co roku wprowadza zmiany w moim życiu. Tak już po prostu jest, że duże a nawet radykalne zmiany z moim stylu życia od paru dobrych lat przychodzą akurat we wrześniu. Siedzę u mnie na wioseczce 2 dni po powrocie z wyprawy rowerowej. Jedyny dźwięk jaki mnie rozprasza to bzyczenie muchy latającej po pokoju, taka relaksacyjna cisza tu panuje. 

Motywy wyprowadzki z Londynu

      Nie owijając w bawełnę, przechodzę od razu do tematu mojej świeżo zakończonej przygody w Londynie.  Spędziłam tam prawie rok czasu od 17 września 2015 roku do 1 września 2016. Był to jeden z dłuższych pobytów w jednym miejscu i najdłuższej pracy z jednej lokalizacji, to jest 9 miesięcy w kasynie Empire w centrum Londynu. Czasem pytam samą siebie, po co ja w ogóle poleciałam rok temu do Londynu, spoko nie lubię brytyjskiej kultury, niezdrowa kuchnia i flegmatyczne tempo mi nie odpowiadają, przesiadywanie w barach i wlewanie w siebie kufli piwa uważam za stratę czasu, a pogoda angielska skłania mnie do depresji... Więc czemu tam byłam aż rok, skoro mój hejt jest tak oczywisty? Ok, więc rok temu byłam pogubiona życiowo, rana po utracie Taty, związana z tym wewnętrzna samotność była świeża, wmawiałam sobie, że teraz muszę w końcu być dorosła, jestem sama za siebie odpowiedzialna, a chęć wymuszonego ustabilizowania życia była trochę desperacka. Nastąpiło wówczas przetasowanie osobowe w moim najbliższym środowisku. Na szczęśnie finansowo byłam bezpieczna, ale pieniądze w życiu to nie wszystko i każdy na pewnym etapie zaczyna to pojmować. Miałam prawie półtoraroczną przerwę w zatrudnieniu. Moja ówczesna kumpela zaprosiła mnie do Londynu, co bardzo ułatwiało start. Wiem dobrze, że lubię duże miasta, kosmopolityczne środowisko, a w Stanach zdobycie pozwolenia na pracę to grubsza sprawa. Pomyślałam: Londyn hmm... najbardziej globalne miejsce w Europie, blisko Polski, wysokie zarobki, więc dam szansę temu miejscu. Choć wewnętrznie wiedziałam, że to nie są moje ulubione klimaty, za mało tam świata Latino i karaibskiego oraz tego amerykańskiego lansu i wiary w siebie, a za dużo arabskiego, hinduskiego i afrykańskiego. Szukałam tam uporczywie pracy i próbowałam poznać nowych ludzi. Półtora miesiąca byłam bezrobotna, później przez miesiąc byłam kelnerką w innym kasynie, a później trafiłam do Empire i zostałam zatrudniona jako electronic gaming host, albo w skrócie slot host. Nauczyłam się bardzo dużo nowych rzeczy i wyrobiłam potrzebną licencję. Była to odpowiedzialna i różnorodna praca, bo często to my – slot hości musieliśmy potwierdzać, czy ktoś ma mieć wypłacone większe sumy pieniądzy lub korygować błędy krupierów, a raczej ruletek czy systemów rejestrujących karty. Wypłata na początku była mała, ale później w końcu wzrosła. Ludzie, choć często były jakieś zwady, byli w porządku. Pracowało tam ponad 2 setki ludzi różnych narodowości, z czego większość było w podobnym wieku do mojego.  Szarość nieba nad Londynem i godziny pracy mnie dobijały, raz na noc, raz na dzień, powoli zniszczyło to moje i tak niezbyt intensywne życie towarzyskie. Po pół roku wyglądało to tak, chodziłam do pracy, odsypiałam, szłam na siłownię, włączałam coś na youtube „Pingwiny z Madagaskaru”, „Kiepskich” albo jakieś dokumenty na dziwne, socjologiczne lub podróżnicze tematy, czasem książka, zakupy i od nowa. Miłymi przerywnikami były częste, choć krótkie podróże. Przez zarobki w funtach, za granicą nie miałam poczucia, że jest drogo. Nawet Dubaj cenowo był jak Londyn. Spotykałam się z paroma kolesiami, ale coś nie wypalało ciągle, brak iskierek albo za mało uwagi z ich strony, olewczy stosunek, słaby seks albo jakaś irytująca cecha charakteru, nudziło mnie to. W końcu odpuściłam i nie chciało mi się marnować czasu na szykowanie się i wolałam pójść do supermarketu nieopodal, kupić jakąś puszkę lodów, eklerki itp. , włączyć „Pingwiny z Madagaskaru”,”Blok Ekipę” czy coś równie odmóżdżającego. Hahaha tak, to było moje życie. Panowała w nim swego rodzaju samotność. Co mnie zaskakuje, wiele osób uważało, że jestem bardzo szczęśliwą osobą i wyglądam kwitnąco. Hmm.. może przez wizyty na siłowni, którą w Anglii naprawdę lubiłam albo moje zawsze pewne siebie zachowanie.  W końcu uznałam, że  kończę z tym, chcę odzyskać stan euforii, mocy, rytm biologiczny i spać w nocy. Wiedziałam już, że kokosów na zarobię, bo koszt życia w Londynie jest wysoki, miłości nie znajdę, a w mojej głowie jest przeświadczenie, że to USA ma prawdziwy swag i narzuca światu trendy. Uwolniłam się od tego. Pracę zakończyłam w mega pozytywnych relacjach i z tego się cieszę. Wiele osób z pracy na pewno będę dobrze wspominać, pracowników i też paru klientów, nałogowych hazardzistów, wydaję się mi się, że wiele osób tam poznanych jest podobnych do mnie i są to ciekawe osoby. 1 września wieczorem wróciłam do mojego domu, z planem działania na najbliższe kilka tygodni, ale nie miesięcy. 3 dni się szykowałam do wyprawy rowerowej, zorganizowałam zakwaterowanie, przygotowałam trasę i kupiłam niezbędne bilety. Bardzo się tym ekscytowałam. Czułam się pewnie pod względem kondycji (pewniej niż rok temu przed moją wyprawą rowerową Estonia – Łotwa –Litwa – Polska), bo te prawie codzienne wizyty na siłowni przez ostatnie 9 miesięcy wyrobiły we mnie wytrzymałość fizyczną i psychiczną też. Często powtarzam, ćwiczenia to nie tylko work out, ale też stress, antydepresant dla duszy. Potrzebowałam tej siłowni, aby zagłuszyć zmęczenie po niedospanych nocach lub dniach przez pracę w systemie zmianowym 24h na dobę.  Nawet jak jadłam więcej i rezultaty dla wyglądu nie były widoczne, i tak czułam się dobrze w swoim ciele, dzięki ćwiczeniom. Mam nadzieję, że ten chaotyczny akapit jakoś wytłumaczył, czemu musiałam tę Anglię opuścić, bo to nie moje miejsce i co się działo w mojej głowie przez ostatni rok. 
rower spakowany

bluza w kasyna Empire, swaggg

franki szwajcarskie



Wyprawa rowerowa

   5 września (poniedziałek) pojechałam autokarem z Białegostoku do Genewy. Jedyne 30 godzin w zapachach kanapek z wędliną wśród ludzi jadących głównie na zbiory na pola lub do opieki nad starszymi ludźmi. Dotarłam na miejsce, dokręciłam pedały i złożyłam rower. Okazało się, że mam kapcia w przednim kole. Najpierw próbowałam napompować na stacji benzynowej, ale powietrze szybko zeszło, znaczyło to, że opona jest przebita. W samym centrum Genewy znalazłam punkt naprawy rowerów i Pan Adam z Czech mi zmienił oponę. 30 franków mnie za to skasował (1 frank=4 złote). Pojeździłam po Genewie i szybko odżyłam po podróży autokarem. Pojechałam zobaczyć siedzibę Organizacji Narodów Zjednoczonych i Czerwonego Krzyża, to mnie głównie interesowało. Miasto zrobiło na mnie pozytywne wrażenie. Później znalazłam adres mojego hosta. Właśnie, nocowałam przed okres całej mojej wyprawy u ludzi z couch surfingu, czyli mojej ulubionej globalnej społeczności miłośników podróżowania. Moim hostem w Genewie był Hector, Kolumbijczyk od 18 lat mieszkający w Szwajcarii. Mało porozmawialiśmy, bo on był widocznie zmęczony, tak samo jak i ja. Przyszedł przed godz. 22 jeszcze w garniturze z jakiegoś spotkania FOREX-u, czyli jak widać był to bankier pełną parą. Nudna trochę postać jak się okazało, nawet nie wymieniłam się z nim facebookiem. Zasnęłam jak kamień.



Czerwony Krzyż


nad Jeziorem Genewskim

Genewa

wystawa o Ameryce Łacińskiej w Genewie


      Następnego dnia wyruszyłam z Genewy do Vevey. Był to najłatwiejszy i najprzyjemniejszy  odcinek mojej wyprawy. Pogoda była piękna, tak jak przez całą moją podróż codziennie 26-27 stopni C. Prosta droga wzdłuż Jeziora Genewskiego. Piękny dzień. Dotarłam do malowniczego miasteczka Vevey i tam zatrzymałam się u Valentina, z pochodzenia Francuza. Mój host okazał się bardzo ciekawym i inteligentnym człowiekiem. Jest inżynierem, ale interesuje się psychologią, niebawem chce zacząć studiować ten kierunek. Od 3 lat zapisuje swoje sny. Zinterpretował też kilka moich i to była bardzo trafna interpretacja. Był pół roku w Indiach i wciąż widziałam w nim tę żywą fascynację kulturą hinduską. Zrobił nam kolację i rozmawialiśmy do północy. Rano zaraz po siódmej wyruszyłam do Berna – stolicy Szwajcarii.
Vevey, tu mieszkał Cherlie Chaplin

Vevey



Ja i Valentin
 
Vevey

pchajac rower pod górkę

przez pola z google maps

na prawo, na lewo czy na drzewo? hmm

szwajcarska stodoła

centrum Berna


      Odcinek Vevey – Bern nie był łatwy. Szczególnie, że Google maps poprowadziły mnie jakimiś leśnymi ścieżkami, często spocona pchałam rower pod górkę. Na początku zrobiłam chyba dodatkowe 25-30 km, aby trafić na dobrą drogę. Ten dzień pokazał mi, jak duża jest różnica pomiędzy jazdą po pagórkowatej Szwajcarii a jazdą po płaskiej nitce Via Baltica. Przyznaję, krajobrazy zapierały dech w piersiach, Szwajcaria ma piękne, malownicze widoki. Miasto Bern zwiedziłam bardzo pobieżnie, przejechałam się tylko po centrum i starym mieście. Mój kolejny host, tym razem wreszcie rodowity Szwajcar o imieniu Sam, mieszkał w miasteczku Belp, kilka kilometrów za Bernem. Też wrócił z pracy przed 22. Dotarłam trochę przed czasem do Belpu, więc posiedziałam tam w miejscowym barze. Zamówiłam 2 piwa, ale po takim męczącym dniu czułam się już po paru łykach zakręcona, więc nawet nie wypiłam do końca. Sam gościł kilkadziesiąt osób z couch surfingu, ma na swoim profilu ponad 150 referencji. Pomógł mi wybrać najlepszą trasę na następny dzień, co naprawdę ułatwiło start kolejnego dnia.
Ja i Sam


Milki na wypasie


      Z Belpu do Zurichu jazda zaczęła się bardzo dobrze. Ładna droga, rześkie poranne powietrze. Później jednak często pchałam rower pod górę. Zrobiłam tego dnia ponad 160 km (przepraszam za wprowadzenie w błąd we wpisie na facebooku, pomyliłam się w obliczeniach, to było 160 a nie 170 km), więc do Zurichu, mimo planów dotarcia o 17, dotarłam o godzinie 20. Zatrzymałam się 10 km za Zurichem, w Kloten. Przejechałam przez cały Zurich przecinając centrum i stwierdzam, że miasto zrobiło na mnie pozytywne wrażenie. Kolejnym hostem był Damian, Polak pracujący na pobliskim lotnisku. Tym razem w polskim stylu, poszliśmy do marketu i kupiliśmy browary i pudełko lodów. Pogadaliśmy trochę, Damian pomógł mi wybrać najlepszą trasę na następny dzień i zaraz po 22 poszłam spać. Ta codzienna jazda dawała już o sobie znać, czułam te przejechane kilometry w nogach. To był trzeci dzień wielogodzinnej jazdy i pchania roweru.
Ja i Damian

piękne widoki




      Z Klotenwyruszyłam przed 8 rano do Buchs, małego miasteczka położonego 5 km od Vaduz – stolicy Liechtensteinu, po szwajcarskiej stronie. Moim hostem był Reiner, z wykształcenia inżynier i nauczyciel jogi, który miał za sobą półroczną wyprawę do Azji. Okazał się nieprzeciętna osobowością o ciekawej biografii, smutnej, ale i motywującej zarazem. Bardzo dobrze mi się go słuchało i dowiedziałam się sporo o jodze (choć nie jestem fanką jogi, było to ciekawe). Reiner zrobił cudowne jedzenie, po raz pierwszy widziałam kogoś tak perfekcyjnie przygotowującego danie trzymając się przepisu z książki kucharskiej (no cóż inżynier) i to do tego jeszcze faceta (przepraszam za ten szowinizm), wszystko organiczne i odpowiednio dobrane. Wiele nowopoznanych przepisów na pewno wykorzystam, na przykład na domowe masło migdałowe. Do Buchs dotarłam przed godz. 18, było już za późno, aby rowerem jechać do Liechtensteinu, więc zabraliśmy się samochodem. Byłam bardzo podekscytowana, bo to był kolejny nowy kraj, który odwiedzam. Pojechaliśmy do Vaduz – stolicy. Całe zwiedzanie nie zajęło więcej niż 2 godziny, wliczając w to zakup magnesów do mojej kolekcji, spacer po plantacji winogron i robienie zdjęć. Liechtenstein jest tak mały, czysty, bogaty, prosty, spokojny, że jak dla mnie aż za czysty, za spokojny, za bogaty.. gdzie dzikość, gdzie przygoda? Cieszę się, że mogłam się  o tym na własne oczy przekonać, ta wizyta w Liechtensteinie zaspokoiła moją ciekawość.    
zamek w Liechtensteinie

Ja i Reiner

spacerując uliczkami Vaduz



      Dojeżdżając do Buchs ostatnie 20 -30 km miałam problemy z rowerem, powietrze z tylnego koła wolno schodziło, kilka razu musiałam zatrzymywać się i pompować rower u ludzi i na stacjach. Następnego dnia, gdy chciałam wyruszyć do Bregenz do Austrii w tylnym kole był flak. Nie miałam zapasowej dętki, Reiner też nie miał. Była to niedziela rano, a droga była idealna, prosta i z górki. Uznałam, więc że jakoś tam dojadę, szczególnie że było to tylko 50 km. Okazało się, że po 45 min pedałowania było ciężko, jazda była prawie że niemożliwa. Zjechałam ze szlaku rowerowego do najbliższej wioski i napompowałam koło na stacji benzynowej. Taka sama sytuacja powtarzała się jeszcze 4 razy i jakoś w końcu dotarłam o czasie do Bregenz.  
piękna droga z górki do Austrii

granica szwajcarsko - austriacka

      Byłam głodna po tej przeprawie. Wiadomo, że na niedopompowanych oponach jedzie się o wiele ciężej, bo trzeba używać więcej siły mięśni. Zsiadłam z roweru i poszłam do „pierwszej-lepszej” kebabo – pizzerii po wielki kawałek pizzy i jakiś niezdrowy napój. Nie było akurat żadnych innych klientów poza mną w środku. Turecki kucharzo–sprzedawca obiecał zerkać, czy mój rower stoi przez wejściem, bo jakoś po austriackiej stronie zaufanie społeczne mi zmalało. Usiadłam, nie było nikogo oprócz mnie.  Wiedziałam, że zrobiłam to, że moja wyprawa rowerowa się powiodła i przejechałam w sumie ponad 600 km, zobaczyłam 2 nowe państwa. W kebabo –pizzerii z głośników leciało w radiu akurat Oh, baby, baby it’s a wild word. It's hard to get by just upon the smile... Był to piękny moment, był to mój moment. Wiedziałam, że to piosenka o moim świecie, moim życiu, że to moment kumulujący kolejną piękną podróżniczą przygodę. Poczułam się wtedy dobrze nad tym kawałkiem pizzy, życie było proste, prawdziwe i pozytywne.

absolutna podstawa na rowerowej wyprawie :) klucze do pedałów, kół i kierownicy


      W Bregenz wsiadłam w autobus, trochę dyskutując z kierowcą, który nie chciał zabrać mojego niegabarytowego, delikatnie mówiąc, bagażu. Więc, jak już nie pierwszy raz przewożąc rower trzeba było trochę poprzekonywać, aby w końcu zabrano mi ten rower. Sytuacja powtórzyła się na przesiadkach w Monachium i w Gnieźnie, oraz w miejscowym busie z Białegostoku do Bielska Podlaskiego. Oczywiście uczciwie dokonywałam dopłat za nadbagaż. Po łącznie 29 godzinach podróży wróciłam do domu. Trip uznaję za udany. 

Oto mój rajd w liczbach:

Dzień 1. Przejazd autokarem Białystok - Genewa

Dzień 2. Od zmiany dętki w Genewie jazda po mieście - 15,9 km

Dzień 3. Genewa – Vevey (łatwa jazda, więc sobie jeździłam sporo naokoło, aby pozwiedzać) - 141, 5 km

Dzień 4. Vevey – Belp (koło Berna) - 115,3 km

Dzień 5. Belp – Kloten (koło Zurichu) - 161,4 km

Dzień 6. Klopan – Buchs - 128,2 km

Dzień 7. Buchs – Bregenz (Austria) -55,1 km i tam odjazd autokarem do Polski

= cała trasa przejechana rowerem 617,4 km !



   …a teraz uchylę rąbka tajemnicy o moich życiowo – podróżniczych planach na przyszłość. Piszę tyle, ile sama wiem jak na razie. 



Wybieram się: GDZIEŚ
Kiedy? WKRÓTCE
Po co? Aby poznać NOWE MIEJSCE, przeżyć COŚ, spotkać KOGOŚ, i zacząć JAKĄŚ PRACĘ.
     Tyle z wiadomego hehehe, a reszta jeszcze mi nawet nie jest znana, ale czuję, że będzie przygodowo, pozytywnie i ciekawie, bo to są cechy, które ja przynoszę ze sobą, gdy siadam do stołu, a nie oczekuję, że tam będą na mnie czekały (metafora taka, obraz zmiany w moim podejściu do świata).
Do następnego wpisu o CZYMŚ z GDZIEŚ :D

Pozdrawiam,
Ewa aka Eve Drifter